środa, 20 lutego 2013

Prologue

Siedziałam sobie na twardej, kamiennej podłodze, która pokryta była jedynie cienką warstwą suchego i kującego siana. Plecy opierałam na drewnianej ścianie boksu dla koni. Tak, znajdowałam się w stajni, jednak nie było tu żadnego zwierzęcia. Miejsce stało opuszczone od jakichś 10 lat i z pewnością nie było bezpieczne. Gdy tylko powiał lekki wiatr niestabilna i zardzewiała konstrukcja zaczynała zgrzytać, piszczeć i kołysać się to w jedną, to w drugą stronę. Czasami mogłoby się wydawać, że zaraz ten cały budynek runie i nic po nim nie pozostanie, oprócz kupy gruzu.
-Szefie, mamy mały problem - usłyszałam szept Łysego. Cicho przysunęłam się do nich bliżej, aby móc dokładniej wyłapać wszystkie słowa.
-Czy wy, do jasnej cholery, nie możecie niczego zrobić dobrze? - wydarł się rozzłoszczony Steve. On chyba powinien brać jakieś leki na uspokojenie, bo odkąd tu jestem, ciągle się wścieka.
-Niech się pan tak nie denerwuje! To nie moja wina, że jakieś BMW zaparkowało na podjeździe!
-Widziałeś, kto z niego wysiadł?
-Nie, ale silnik jest nie wyłączony.
-Gruby! Popilnuj młodej, idziemy coś sprawdzić! - rozkazał przywódca tej bandy palantów i razem z Łysym wyszli z budynku. Powoli się podniosłam i podeszłam do krat, które rozdzielały boksy od 1,5 metra w górę. Włożyłam palce pomiędzy druty i spytałam:
-A co jeśli to gliny?
-Nie masz nawet co śnić... - odparł lekceważąco. - Twoja rodzinka na pewno nikogo nie wezwała. Wiedzą, że jeśli by to zrobili, nie odzyskali by cię żywej - uśmiechnął się wrednie, na co ja tylko przewróciłam oczami. Szczerze mówiąc, wierzyłam tylko w okrucieństwo Steve'a. Inni byli takimi ciamajdami, że nadawali się tylko do kopania rowów. Chociaż w sumie tego też by nie robili, trzeba do tego umieć obsługiwać koparkę. W pewnej chwili na tyłach stajni coś spadło, robiąc przy tym sporo hałasu. Nie przejęłam się tym zbytnio - miejsce jest tak zaniedbane, że nie zdziwiłabym się, jakby właśnie teraz zawalił mi się na głowę sufit.
-Sprawdzę to - powiedział Gruby i zaczął podążać w głąb budynku, tam gdzie nie było żadnego światła. Do tego jeszcze księżyc schował się za chmurami, czyniąc to pomieszczenie jeszcze ciemniejszym.
-Tylko się nie posikaj! W takich placówkach zawsze mieszkają potwory - zadrwiłam z niego. Ta czynność była, od ostatnich 4 dni, jedynym zajęciem, jakie sprawiało mi frajdę. Bycie porwanym wcale nie jest takie fajne, jak myślą niektórzy... No dobra, nikt tak pewnie nie myśli. W każdym razie, strasznie nudzę się w tej celi. Gang Steve'a zażądał od moich rodziców 1 miliona funtów i teraz aktualnie czekam, aż go im przekażą. Jednak ich plan nie uwzględnił tego, że zostałam adoptowana zaledwie miesiąc temu. Ja zdążyłam pokochać moich nowych rodziców, ale czy ze wzajemnością? Miałam co do tego mieszane uczucia. Najgorsze było to, że nie wiedziałam, na co mogę sobie wobec nich pozwolić.
Oparłam czoło o kraty, a z moich oczu zaczęły płynąć łzy. Tak długo czekałam na ludzi, którzy wreszcie mnie zechcą i gdy wreszcie trafia mi się szansa na dobre życie, ktoś mnie porywa! Do bani takie życie! Skończyłam moje przemyślenia, bo usłyszałam kroki, a po chwili jakaś osoba stanęła tuż przede mną. Nie potrzebowałam podnosić powiek, aby to stwierdzić. Czułam miętowy oddech na swojej twarzy. Ku mojemu zdziwieniu, ten człowiek pachniał drogimi perfumami, a więc nie mógł to być Łysy, Gruby, Czarny, ani nawet ich szef. Oni pewnie nawet od dłuższego czasu nie widzieli mydła! Powoli otworzyłam oczy, aby móc przyjrzeć się temu osobnikowi. Początkowo myślałam, że to jakiś sen. Blondyn był ostatnią osobą na mojej liście tych, którzy mogliby się tu znaleźć pierwsi.
-Niall?! - krzyknęłam ze szczęścia. Chwilę potem jednak uświadomiłam sobie, że mój brat to kompletny bez mózg! - Idioto! Uciekaj!
-Co? Nie! Przyszedłem cię ratować! Detektywi namierzyli twój telefon, ale chcieli jeszcze przygotować przekazanie lipnego okupu, a ja nie mogłem aż tyle czekać! - mówił strasznie szybko i odrobinę za głośno. Zaczęłam nerwowo rozglądać się po pomieszczeniu, czy aby nikt nie przychodzi. 
-Głąbie! Uciekaj! On cię zabij... - nie dokończyłam, bo przerwał mi dźwięk wystrzału z pistoletu. Usłyszałam cichy jęk blondyna, który parę sekund później leżał nieruchomo na ziemi...